PROINTELLEKT
PROINTELLEKT

Biurko

Автор: Aleksander Potiomkin

Издательство: Poradnia K

Редактор: Stanislaw Tekieli

Generał Dulczykow, wysoki ministerialny urzędnik, przeżywa chorobliwą, erotyczną niemal fascynację służbowym biurkiem, podstawą swej egzystencji. Groteskowy opis urzędniczej machiny współczesnej Rosji, w której rządzi łapówka, kumoterstwo i wzajemne podkopywanie stołków. Swoją powieścią Aleksander Potiomkin wpisuje się w tradycję wielkiej, klasycznej literatury rosyjskiej, poszukującej diagnozy choroby, który toczy Rosję.

Arkadij Lwowicz Dulczykow przetarł brwi watką nasączoną olejem rycynowym, przypudrował na szyi siniak niewiadomego pochodzenia, a w rzadkie, nieokreślonej barwy włosy wtarł angielską pomadę. Spojrzał w lustro, zmrużył oczy i nadąwszy policzki, założył swój codzienny mundur z generalską gwiazdą doradcy państwowego trzeciego stopnia, po czym ze służbowej garderoby przeszedł do gabinetu, gdzie w podniosłym nastroju zasiadł na solidnym służbowym fotelu za biurkiem naczelnika jednego z wydziałów bardzo ważnego ministerstwa. Jednocześnie z szacunkiem zerknąwszy na portret Głowy Państwa, stojący na prawo od niego, na dębowej konsoli, obrzucił przelotnym spojrzeniem świeży bukiet kwiatów w wazonie i rozkazującym tonem naczelnika-biurokraty powiedział:

– Tak, ehe, ehe, teraz możesz rozpocząć dzień pracy. Twardą ręką rządź zza tego biurka. Żadnej pobłażliwości. Dla nikogo!

To zdanie, rzucone głośno do siebie, wypowiedział tonem tak apodyktycznym, że odnosiło się wrażenie, jakby Dulczykow lubił rozkazywać nie tylko podwładnym czy zaproszonym na służbowy dywanik, ale i sobie samemu. Arkadij Lwowicz rozłożył na biurku gazetę z artykułem o przedłużeniu aresztu znanego wszystkim pana X i umieścił ją na brzegu blatu, rozmyślnie tak, żeby rzucała się w oczy. Z jakimś tajnym zamysłem objął rękoma swe dębowe biurko, jakby chcąc się przekonać, na ile mocno stoi ta podstawa jego życia, po czym ucałował je. Nie tak po prostu, formalnie, ale z uczuciem, wprost namiętnie. Po czym otworzył zwilgotniałe oczy, przetarł je chusteczką marki „Tempo” i stał się na powrót przestrzegającym prawa urzędnikiem. Podniósł słuchawkę telefonu łączącego go z sekretarką i ostro, krótko rzucił:

– Lubow Leonidowno, zaczynam urzędowanie.

– A mogłabym na sekundę?

– Ehe, ehe, no chodź, chodź....

Do gabinetu weszła wysoka blondynka. Miała na oko nie więcej niż dwadzieścia trzy lata. W krótkiej dżinsowej spódniczce i obcisłej trykotowej bluzeczce koloru lila. Wydatne wiśniowe usta były zaciśnięte, a ogromne zielone oczy wpatrywały się w urzędnika Dulczykowa.

Podeszła do niego bardzo blisko. Lekko dotykając opuszkami palców jego skroni, piersiami ocierała się o ramię naczelnika.

– Może najpierw... trochę relaksu, Arkadiju Lwowiczu? – zapytała omdlewającym głosem.

Spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem, myśląc o czymś zupełnie innym. W poczekalni jako pierwszy oczekiwał na przyjęcie Machachoryn. To miała być niezwykle ważna rozmowa. Następny był Wadbolski, a potem kolejno: Mamiedow, Kuziakin, Guś i Treszczałow.

Potem obiad, który często jadał w towarzystwie szefa kancelarii ministra Piotra Piotrowicza Sapiehy w restauracyjce na Czystych Prudach. Na porę poobiednią zapisani byli Kleszczewcew i Jelena Dmitirijewna Kurakina.

Jak zwykle, od rana same ciężkie przypadki, a i o tych, co potem, nie należy zapominać. Ich kapitał przyjemnie szeleści w urzędniczych uszach – mówił do siebie w myślach dobrodusznie, bez najmniejszej złośliwości. W tym samym czasie lewa dłoń naczelnika wsunęła się pod spódnicę sekretarki. W zamyśleniu, z niezmąconym spokojem, zaczął obmacywać pupę blondynki Popyszewej. Robił to całkiem nie erotycznie, jakby dla gimnastyki palców, ugniatając pośladki z pewnym wysiłkiem. Miało się wrażenie, że czyni to zupełnie bezwiednie. Jakby to całe dziwactwo działo się bez jego świadomego udziału, zupełnie poza nim.

Szczególnie trzeba potrząsnąć Machachorynem. A i resztą towarzystwa. Zarabiają furę pieniędzy. A jak oszukują państwo, jak poniżają mateczkę Rosję! Wewnętrzny monolog generała był patetycznie patriotyczny.

– Wiaczesław Siemionow przyszedł? – zapytał.

– Tak! Czeka na interesantów – rzuciła przywołana do porządku Popyszewa.

– Ten to ci mocarz wyższego szczebla. No, teraz, idź, Lubasza, a jak Kuziakin wyjdzie... przyniesiesz mi konfiturę z truskawek. Czekającym powiesz, że rozmawiam przez telefon z przedstawicielem władzy. Zadowolona, ehe, ehe? Telefony odbieraj i mów, że jestem na naradzie. Ale zapisuj, kto dzwonił, dobrze?

Uśmiechnęła się, pokazała mu czubek języka, wyszeptała „yes”, ścisnęła za łokieć i wyszła z gabinetu.

No i dobrze, co mi za różnica? – pomyślała młoda kobieta.

– Jej tylko „to” w głowie – mruknął do siebie urzędnik. – Z kobiety biurokraty nijak nie zrobisz. Ich pomyślunek złamanego grosza nie wart. Tylko jedno im w głowie.

Zadowolony ze swoich przemyśleń Arkadij Dulczykow włączył wykrywacz podsłuchu, ściągnął groźnie brwi, skrzywił się kwaśno, na czubek nosa włożył okulary i przyjąwszy pozę zmęczonego pracą człowieka czynu czekał na pierwszego interesanta.

Diagnoza śmiechem

Generał Arkadij Lwowicz Dulczykow, słusznego wieku, wiecznie pokasłujący urzędnik państwowy trzeciego stopnia, naczelnik jednego z kluczowych wydziałów w istotnym resorcie, przeżywa kryzys.

Każdy dzień pracy generała jest do siebie podobny: nachodzą go przedstawiciele cerkwi, biznesu, mafii, mniejszości kaukaskich, politycy, artyści, dożywotni poseł do Dumy, lobby homoseksualne, arystokracja i Bóg wie kto jeszcze. Każdy o coś prosi, błaga, próbuje przekupić łapówką, bywa, że i grozi. Swoje prośby petenci przedstawiają zazwyczaj dyplomatycznie, językiem niedomówień i aluzji, choć zdarzają się wyjątki, jak choćby właściciel ferm drobiowych, Guś[12]:

– Ja od pana Tryrogowa. (...) Szukam dojścia do Centrobanku. Interesuje mnie naczelnik departamentu regulacji walut, pani Iwaszczenko. Sęk w tym, że Iwaszczenko bierze pieniądze wyłącznie od swoich znajomych. Może ma pan do niej dojście?

albo młodzieniec w dresie, z bulterierem nauczonym „pagony zrywać i nosy odgryzać”:

– Długo kazałeś na siebie czekać (...). Psa rozzłościłeś. Za te niewygody mam ochotę ci pół tyłka wyharatać.

Albo też cudak Kuziakin z lobby homoseksualnego, który zaczyna przedstawienie sprawy słowami:

– Wciąż myślę o tym, jakie życie jest niesprawiedliwe...

po czym obszernie naświetla swą wizję upadku Rosji i podaje przepis na jej odnowę moralną. On jeden zresztą nie oczekuje od Dulczykowa żadnej wymiernej finansowo korzyści, a jedynie przyłączenia się do „słusznej sprawy”.

W tych niewątpliwie stresujących warunkach generał postanawia wytrwać na posterunku jeszcze najwyżej rok: napełnić kieszenie łapówkami, ofiarowanymi mu za „drobne uprzejmości” przez wdzięcznych interesantów i wyjechać w szeroki świat. Ale by zebrać w tak krótkim czasie wystarczającą na wygodne życie sumę, potrzebuje odpowiedniej „przykrywki” w rządzie, którą znaleźć może jedynie poprzez znajomości swych petentów.

Tak z grubsza zawiązuje się intryga „Biurka”, to jest zawiązywałaby się, gdyby była to powieść sensacyjna. Ale nią „Biurko” nie jest...

 

Powieścią tą Aleksander Potiomkin wpisuje się w „diagnostyczną” tradycję literatury rosyjskiej, od czasów Gogola i Dostojewskiego poszukującej odpowiedzi na pytanie, jaka choroba toczy Rosję. Bo że toczy, to gołym okiem widać.

Zwróćmy uwagę na następujący cytat:

– Demokraci Europy jeżdżą na rowerach, motocyklach, autobusami, niedrogimi samochodami. A nie limuzynami klasy lux. Noszą ubrania średniej jakości, a nie światowych marek. Jadają nie w świetnych restauracjach, a w ogólnodostępnych miejscach dla klasy średniej. Piją wino nie po tysiąc dolarów za butelkę, a takie, jakie pije naród. Są dostępni, można ich krytykować, dotknąć.

To wprawdzie jeszcze nie diagnoza, to opis symptomów. Ale czy nie można by go było włożyć, mutatis mutandis, w usta któregoś z poputczyków[13] księcia Myszkina powracającego pociągiem do ojczyzny?

I wreszcie wypowiedziany mimochodem, ale niewątpliwie celny opis stanu rosyjskiego społeczeństwa:

– Nasz naród nie walczy o wolność. Masy nie domagają się jej z kijami w rękach. Czekają na Mawleńskich, Chakimedów, Lancowych, żeby im tę wolność przynieśli. Chcą otrzymać ją w marmurowej sali, przy dźwiękach hymnu państwowego, od ludzi w muszkach, w brylantach, w smokingach.

Coś w tym jest. Coś, co jakoś tłumaczy kompletnie niezrozumiały dla ludzi spoza Rosji fakt – jak to możliwe, że obecna, nie przebierająca w środkach, autorytarna władza tego kraju, odsądzana od czci i wiary na forach międzynarodowych, cieszy się niemal 90-procentowym poparciem obywateli?

Ale nie spłycajmy prozy Potiomkina tylko do oceny sytuacji doraźnej, nawet jeśli akcja jego powieści toczy się w konkretnym miejscu i czasie – w listopadzie 2003 roku, kilkaset metrów od Kremla; jest to już raczej traktat na ponadczasowy temat „rosyjskiej duszy”. Podobnie jak wielu poprzedników podejmujących tę kwestię – Gogol, Czechow, Bułhakow – autor „Biurka” wybrał język groteski. Kłania się tu rosyjskie przysłowie „i smieszno, i straszno”, którego sens jeszcze dosadniej oddaje, poprzez odwrócenie pojęć, polskie „strach się bać”. Śmiech bowiem często tuszuje lęk, a w tym wypadku jest najwyraźniej reakcją lekarza – a zarazem pacjenta (mówimy wszak o zespole chorobowym całego społeczeństwa) – na odkrycie, że mamy do czynienia z chorobą nieuleczalną. To humor wisielczy, choć trzeba przyznać, że Rosjanie wypracowali jego lżejszą, strawniejszą formę; być może wpłynęło na to wielowiekowe doświadczenie życia pod knutem i zarazem potrzeba uczynienia tego życia na tyle znośnym, na ile się da? Nie ma co zresztą ukrywać, że nasz nieco nieporadny, misiowaty bohater budzi w czytelniku pewną sympatię, choć jest mocno na bakier z jakkolwiek rozumianą moralnością. Swoje zasady przedstawia, pomstując na czym świat stoi, po najściu jego gabinetu przez żołnierza mafii, domagającego się fikcyjnego odpisu VAT na 10 milionów dolarów:

– W obwodzie I-ckim długi wobec pracowników sektora budżetowego już sześć milionów dolarów wynoszą. Cztery miesiące tam już pracownikom pensji nie wypłacają. Ludzie za światło nie mogą zapłacić, po ciemku siedzą w domach. Przy świecach, jak za cara. Rady miejskie wprowadzają etaty latarników, żeby budynki państwowe oświetlać. W obwodzie B-ckim dług doszedł do dziewięciu milionów dolarów. Naród nie ma pieniędzy na ogrzewanie. W walonkach i futrach śpią. A tu dziesięć milionów dolarów temu ludożercy oddawaj! Podpis składaj, żeby wirtualny VAT zwrócili i zapomnij o sprawie. Bez osobistej korzyści! Bez udziału w podziale zysku! Żeby się jeszcze podzielili? Powiedzieli, jak należy w takim biznesie: trzydzieści procent dla pana, szanowny generale, a z innymi biurkami sami się rozliczymy. Wtedy nikt by się nie wzbraniał. (...) Każdy by wziął, co mu się należy. Wtedy zapomnieć o wszystkim nie grzech. Rób swoje i żegnaj! A tak co? Terror! W moim własnym gabinecie!

Wydaje się jednak, że przynajmniej częściowo tłumaczą Arkadija Lwowicza „okoliczności” – skoro wszyscy kombinują i kradną, to dlaczego on miałby tego nie robić? Choć w systemie, który w całości oparty jest na korupcji, zapewne nikt takiego pytania nawet sobie nie zadaje.

Możemy oczywiście powiedzieć sobie, że wszystko to fikcja literacka, przerysowany obraz patologii, które pewnie się zdarzają, ale nie muszą być normą, prawdziwa Rosja przecież taka nie jest, żyje tam prawie 150 milionów ludzi i jakoś żyje. I niby wszystko to prawda, ale w przypadku dzieła Potiomkina coś nam w tej uspokajającej konstatacji zgrzyta. Zaraz, zaraz, przecież jeszcze kilkanaście lat temu on sam, Aleksander Piotrowicz Potiomkin, był „generałem” Federalnej Służby Podatkowej, kontrolującym podatki najbogatszych Rosjan (w jednym z wywiadów wymienił ich z nazwiska; naprawdę, niewielu brakuje). Zatem opisywane w „Biurku” klimaty zna niewątpliwie z autopsji, a dokładniej ze... swego generalskiego biurka!

Granica między fikcją a rzeczywistością zaciera się.

I tu już naprawdę strach się bać.

Przypisy

[12] Gęś (ros.)

[13] Towarzysz podróży (ros.)

Купить бумажную книгу в магазинах:

Купить электронную книгу в магазинах:

КОММЕНТАРИИ

Авторизуйтесь чтобы оставлять комментарии